niedziela, 14 grudnia 2014

Relacje między bohaterami były... skomplikowane

Jedyna okładka "Opium...", z Maćkiem Ogorzałką na pierwszej stronie.
Niezbyt udana, moim zdaniem.
Znaleziona tu: http://2.bp.blogspot.com/
-jpCYrSSW7Vs/T-R3OTdiofI/AAAAAAAABCc/
KLj228SmMc4/s1600/100_5753.jpg
Od czasu do czasu spoglądam  w statystki bloga. Ciekawi mnie, jakież to pytania doprowadziły poszukujących prawdy w moje skromne wirtualne progi. Dziś, przymierzając się do wpisu na temat młodych bohaterów Jeżycjady, znalazłam świetne pytanie (pisownia oryginalna): "co napisać w liście maćka do kreski". Temat brzmiał , jak sądzę: "Napisz list Maćka Ogorzałki do Kreski".

Z mojego nauczycielskiego punktu widzenia - bardzo ciekawy temat. Ćwiczymy formę (list), musimy wejść w rolę konkretnego bohatera i odpowiednio stylizować język oraz wykazać się wiedzą o jego uczuciach, a także dostosować język wypowiedzi do adresata. Temat zostawia także pewien margines na działania twórcze - nie jest napisane, w którym momencie znajomości Maciek pisze ten list do Kreski.

Ja zrobiłabym to tak (w treści wykorzystałam cytaty z powieści):

Kresko!

Widziałem, widziałem wszystko! I - jako Twój...

[Tutaj Maciek nie wie, co napisać, więc skreśla te kilka słów, zgniata kartkę, bierze następną i pisze.]

Kresko!

Dziś w parku byłem świadkiem sceny, która mnie obraziła. Mało tego! Obrażała każdego, kto był jej świadkiem! Doprawdy, wiedz, że zachowujesz się niestosownie, niegodnie i niewłaściwie, cholera jasna psiakrew!

[Tutaj Maciek uznaje, że go poniosło i powtarza operację kreślenia i zgniatania kartki. Bierze następną i pisze.]

Droga Kresko!

Dziś byłem świadkiem dziwnej sceny z udziałem Twoim i jakiegoś prostaczego młodzianka, który gonił cię po parku. Kiedy Was razem zobaczyłem, pomyślałem...

[Tu Maciek poddaje swoje uczucia dogłębnej analizie. Myśli długo, rysuje jakieś zawijasy na kartce... W końcu zgniata ją i idzie po następną...]

Janeczko!

Idiota ze mnie. Wybacz mi. Porozmawiamy?

 
Moja ulubiona okładka.
Maciek jest na drugiej stronie,
wplątany w szalik Kreski.
W sieci tej drugiej strony brak.
Jak już namierzę to wydanie powieści -
zrobię zdjęcie!
Okładka znaleziona tu:
http://blast-and-blow.blogspot.com/2014/12/recenzje-zebrane.html
Sama sobie za tę pracę postawiałabym maksymalną ilość punktów, ale wydaje mi się, że nauczycielce zadającej list Maćka do Kreski jednak chodziło o coś innego :). Zatem - ktokolwiek będzie próbował wykorzystać moje wypowiedzi, niech nie liczy na pozytywną ocenę. A jeśli bezczelnie ściągnie, niechaj smaży się w kotle ze wszystkimi, którzy cytują bez zaznaczania cytatów i podawania źródła...

Przejdźmy jednak do właściwego tematu dzisiejszego wpisu. Prosty i przejrzysty wniosek, będący jego tytułem, został sformułowany na lekcji z tegoroczną klasą I gimnazjum. Mało ci on odkrywczy, ale za to - trafiający w punkt!

Tak to już jest w świecie ludzi, że wszystkie (prawie) związki między nami są skomplikowane. Jak w życiu, tak w literaturze. Zostawiając na boku wątek Genowefy Lompke/Bompke/Trompke oraz realia życia w PRL, skupmy się na pierwszych uczuciach młodych bohaterów:
1. uczciwej, szczerej i dobrodusznej Kreski,
2. przystojnego, z pozoru inteligentnego, tęskniącego za romantyczną dziewczyną Maćka,
3. cynicznej Matyldy,
4. uczciwego, szczerego i dobrodusznego Lelujki.

Od razu widzimy, że postaci 1 i 4 dziwnie do siebie pasują. W powieści zaprzyjaźniają się, choć ze strony Jacka Lelujki jest to coś więcej niż przyjaźń. Nieszczęśliwie zakochany młodzian od początku jednak nie ma u Kreski szans. Dziewczyna jest beznadziejnie zakochana w beznadziejnym Maćku. Tak, tak, pozwalam sobie oceniać tego bohatera, bo, popatrzcie sami:

zaprasza Kreskę do opery, choć od początku wie, że chce tam "przypadkiem" wpaść na cytrynową dziewczynę --> w operze nie zwraca uwagi na Kreskę, namierza "cytrynową" --> kiedy pojawia się tajemnicza Matylda, bez skrupułów zostawia Kreskę w towarzystwie li i jedynie Genowefy --> zapomina o Kresce, randkuje z Matyldą --> w ogóle nie dociera do niego, że bardzo nieelegancko potraktował Jankę w operze --> incydent w tramwaju: Maciek dowiaduje się, że Matylda, mówiąc potocznie, pogrywa z nim --> Maciek dochodzi do wniosku, że, wow, w sumie Kreska to fajna dziewczyna, zaproponuje jej chodzenie --> Maciek się dziwi, że Kreska odmawia --> Maciek wraca do Matyldy --> Maciek chce urządzić Kreskę scenę po incydencie w parku --> w końcu do młodego dociera, że był skończonym idiotą --> .... itd. szczęśliwe zakończenie, studia, praca, dom, trójka dzieci...

Czytając tę książkę po raz kolejny, doszłam do wniosku, ze najbardziej irytującą postacią nie jest panna Pompke, a Maciej "Tombak" Ogorzałka. Nawet odczarowanie sceny w operze mnie nie przekonuje. No, ale ja już nie jestem w wieku licealnym, może stąd moje wątpliwości...

O relacjach między bohaterami jeszcze napiszę, a raczej - pokażę je. Kiedy? Jeszcze przed świętami :).



poniedziałek, 8 grudnia 2014

Drugie danie

U Lewandowskich i Borejków zawsze było drugie danie... Z tego, co pamiętam :). W kawalerskim mieszkaniu braci Ogorzałków różnie to bywało, a u Kreski, wiadomo, nie przelewało się... 


Dziś jednak nie chcę pisać o tym, co bohaterowie Musierowicz jedli na drugie danie, ale o domach spoza ulicy Roosevelta, domach przy Norwida, czy raczej - mieszkaniach przy tej ulicy. Potrawkę z cielęciny ze szczypiorkiem w eleganckim domu Matyldy pominę, ponieważ jedzenie (przygotowane przez gosposię) jest tam jakby jednym z elementów wyposażenia wnętrza. Narrator, dzięki odpowiednio opisanym detalom wystroju wnętrza oraz dzięki dwóm zdaniom, w których pojawia się jedzenie w domu Stągiewków, pokazuje czytelnikowi, że Matylda pochodzi z zamożnej rodziny, ceniącej wygląd przedmiotów, a, jak się wkrótce okaże, także ludzi. Rodzina dziewczyny może pozwolić sobie na potrawkę z cielęciny, podczas gdy pozostali bohaterowie z apetytem wlewają w siebie wiadra rosołu.


Wsuwa również Genowefa, a raczej Aurelia, która wymyśla sobie drugą siebie. Ucieka z domu. Na samą myśl o powrocie do niego zaczyna obgryzać paznokcie o odczuwać ból brzucha. Zobaczmy, czy słusznie....

[Tu powinien być jakiś dżingiel, zamiast tego dam obrazek własnej produkcji.]

Obrazek stworzony przeze mnie, uprzejmie proszę nie kopiować. Podobne dzieło można stworzyć samodzielnie, wystarczy nieskomplikowany program graficzny :).



#W pokoju mamy - Ewy Jedwabińskiej


"One dwie [tj. Ewa Jedwabińska i pani Borejko] rozmawiały o tym okropnym czarno-białym obrazie, który wisiał nad tapczanem (w kącie obrazu była plama w kształcie nietoperza i Aurelia zawsze zamykała oczy, kiedy przechodziła przez pokój, żeby tej okropności nie widzieć, żeby się jej nie przyśniła)...".

#Kuchnia wg Ewy Jedwabińskiej


"Kuchnia nie zawierała żadnych innych kolorów poza bielą. Kiedy się zapalało jarzeniówki, ta biel po prostu wybuchała w ich blasku. Ewa - poruszając się z przyjemnością po tym lśniącym, laboratoryjnym wnętrzu (...)".

W biało-czarnym świecie Ewy Jedwabińskiej nie było miejsca na jakikolwiek bałagan, ale...

Świat Jedwabińskiej - czarno-biały, a jednak bardzo rozedrgany...


#Aurelia i niezjedzona kolacja

(...) dopiero kiedy weszły do domu i zapaliły to okropne światło w kuchni, mamusia spytała surowo, czy naprawdę tak źle jest u pani Lisieckiej? Czy Aurelia naprawdę musi wciąż grymasić i dokuczać wszystkim wokół? Czy nie widzi, jak wszyscy się dla niej poświęcają - tatuś, mamusia, pani Lisiecka? I jak rodzice pracują, żeby Aurelia miała wszystko, wszystko, czego jej trzeba?
- Jesteś złym dzieckiem! - krzyknęła mamusia na zakończenie, bo Aurelia na te wszystkie pytania nie odpowiedziała ani słowem: z przejęcia i strachu zupełnie odebrało jej głos. 
- Ja w twoim wieku nigdy nawet nie widziałam szynki! Siadaj w tej chwili i zjedz kolację! - przygotowała jajecznicę i mleko, postawiła to wszystko na białym stole w kuchni, w rażącym oczy, białym świetle jarzeniówek. I wyszła. Wróciła za dziesięć minut i trafiła właśnie na moment, kiedy ona, dławiąc się z obrzydzenia, wypluwała przeżutą jajecznicę w dłoń i chowała do kieszeni.
Mamusia strasznie się zdenerwowała. Chwyciła Aurelię za ramię i potrząsała jak lalką. Aurelia nigdy nie widziała tak zezłoszczonej mamusi. To było straszne. Mamusia zajrzała do tej kieszeni i zobaczyła tam wstrętną papkę z szynki, jajecznicy i chleba razowego.
Naprawdę, lepiej już by było, żeby mamusia ją zbiła. Ale ona nie biła, tylko się denerwowała i człowiek nigdy nie wiedział, kiedy to się skończy".

Wcześniej natomiast dziewczynka "jadła" kolację u sąsiadki, wspomnianej już pani Lisieckiej, która - teoretycznie - zajmowała się Aurelią, kiedy jej rodzice pracowali. Dodajmy, że pani Lisiecka znana jest już czytelnikom Jeżycjady z Idy sierpniowej.

#Lśniące lokum Lisieckiej


"Przy połyskliwym stole, ustawionym pośrodku błyszczącego, lakierowanego parkietu, na tle sutych firan i tapet w bogate arabeski, zalana jaskrawym światłem bijącym z wieloramiennego, kryształowego żyrandola, Aurelia miała spożyć kolację. Talerz już czekał, lśniąc w blasku kilku żarówek - była na nim polędwica i szynka w plasterkach, pokrajany żółty ser, rzodkiewki i ogórek, wszystko trochę już wyschnięte, bo Aurelii zbyt długo nie było.
Pani Lisiecka przyniosła jeszcze szklankę kakao, chleb, masło i dżem. 
- Jedz - powiedziała z niechęcią. Aurelia nie jadła.
Pani Lisiecka spojrzała na nią, jakby chciała ją uderzyć.
- Jedz, mówię ci. Obiadu nie zjadłaś, to chociaż zjedz kolację. Wciąż nic nie jesz. Mamusia się zmartwi. No, co ja powiem mamusi, jak po ciebie przyjdzie. Że znów nie jadłaś. Mamusia stoi po polędwicę, pieniążki wydaje. A ty nie jesz. Jedz.
Aurelia, nie patrząc na nią, z oczami wbitymi w stół, wzięła w usta kawałek szynki. Chwilę pożuła, następnie żuć przestała i siedziała z pełnymi ustami, tępo patrząc w kolorowy ekran telewizora. Po ekranie biegali ludzie z karabinami i strzelali do innych ludzi z karabinami. Przejechały czołgi, zabrzmiała radosna muzyka marszowa, a spiker powiedział coś dziarskim głosem. Aurelia czuła, że boli ją brzuch.
- Czemu nie jesz? Jedz - nakazała pani Lisiecka głosem suchym jak drewniana listwa.
Dziewczynka spróbowała przełknąć pogryzioną wędlinę, ale nie mogła. Schowała ją więc między dziąsła a policzek i wetknęła sobie w usta następny kawałek. Tego również nie była w stanie przełknąć. U pani Lisieckiej wszystko było suche jak drewno i równie niesmaczne. Nigdy nie mogła tu nic jeść. Może przez ten zapach lakieru do podłóg.
Posiedziała chwilę z wypchaną buzią, wreszcie wypluła szynkę w garść. Poczekała, aż pani Lisiecka znów się odwróci - i szybko schowała różową packę do kieszeni".


"Czemu nie jesz?" - pyta niezbyt inteligentnie pani Lisiecka. Jak tu jeść w tak lśniącym loku, w tak nieprzyjaznej atmosferze? Jak jeść w domu, w którym nad głową wisi zimna złość matki? Kiedy jedzenie podają w laboratorium, nie w przytulnym, zagraconym wnętrzu? Jak tu jeść, kiedy każą jeść samej?

Jak tu nie wybrać się na samotną wędrówkę w poszukiwaniu miejsca, w którym można zaspokoić nie tylko fizyczny głód?

Czerwony berecik wędruje od domu do domu.



Najeść do syta można się tylko wtedy, gdy wszystko zostaje odpowiednio przyprawione - bynajmniej nie maggi, jak przypuszcza zdesperowana pani Jedwabińska. Nie trzeba do rosołu dosypywać również narkotyku. Według pani Borejkowej wystarczy trochę serca

I to jest właśnie przepis na udane relacje międzyludzkie. 

Smacznego :).

Wszystkie cytaty pochodzą z wydania Opium w rosole Małgorzaty Musierowicz z roku, którego wydawnictwo Akapit Press nigdzie nie umieściło, niestety (ale jest to jedno z nowszych wydań, z rysowankami i zdjęciami Musierowicz na tylnej okładce).




sobota, 6 grudnia 2014

Dzień dobry, omawiamy rosołek. (To już czwarty raz!)

Tak, tak, czwarty raz omawiam z gimnazjalistami Opium w rosole Małgorzaty Musierowicz. To właśnie dzięki tej książce Zbigniew Raszewski nazwał Musierowicz "Homerem Jeżyc", wspominając  m.in. opisy jedzenia utrwalone na kartach tej powieści. Niestety, nie mam pod ręką Listów do Małgorzaty Musierowicz, ale potrzebny cytat wydawnictwo Akapit Press zamieściło na swojej stronie!

Homer Jeżyc!!! Jeszcze po stuleciach czytelnicy będą się mogli z tej książki dowiedzieć, co pod panowaniem Jaruzelskiego ludzie na Jeżycach przeżywali, jak mieszkali, w co się ubierali, a nawet, co jedli. Tak właśnie powstają największe postaci literatury i teatru. Ale trzeba wyjątkowych dyspozycji, żeby takie przeniknięcie obserwacji życiowych w tkankę literacką bez żadnego filtra mogło się dokonać.
Zbigniew Raszewski Listy do Małgorzaty Musierowicz (źródło: http://www.akapit-press.com.pl/sklep/dla-mlodziezy/opium-w-rosole-85-30)

Nie wiem, jak Wy, ale ja, czytając Musierowicz, mam ciągle ochotę coś podjadać i dopada mnie tęsknota za rodzinnym domem oraz rosołem z lanymi kluskami. Choć, przyznaję, swojski makaron też "dałby radę" :).

W wielu internetowych serwisach ściągowych uczniowie pytają, na ilu obiadkach była Genowefa i co  konkretnie jadła. Dla mnie te pytania też są ważne, ale nie zadaję ich w ramach pracy domowej, bo wiem, że niektórzy zamiast do książki, zajrzeliby na ściąga.pi-el. A nie chodzi o to, by te informacje po prostu wypisać, ale by wiedzieć, jakie wnioski można z nich wysnuć.

To, co jadali na obiady lokatorzy kamienic na Roosevelta świadczy przede wszystkim o tym, że w ich domach się nie przelewało. A jeśli coś nie przelewało, to był to wyłącznie rosół. ("Ojejku. Wszyscy jedzą rosół" - jak mówi Genowefa u Borejków.) Na wołowych kościach ugotowany. Poza tym w jeżyckim menu gościły pierogi z mięsem, kluski ze skwarkami i cebulką, racuchy zwane małdrzykami, zupa kartoflana Florida (moja ulubiona! ;) ) oraz niezapomniane kapuśniaczki Idy, których nikt nie chciał jeść...

Zauważcie (mówiłam też o tym na lekcji), że wszystkie te dania są niewyszukane (pamiętacie rzeczownik "biedażarcie"? W słownikach go nie ma, ale funkcjonuje w użyciu). Mąka, ziemniaki,  twarożek, margaryna, jajka, mleko, torebka zupy w proszku... Składniki niedrogie i dostępne. Wszystko to oczywiście pięknie skontrastowane z jedzeniem u Matyldy, pani Lisieckiej i Jedwabińskich.

Zauważcie też, w jakiej atmosferze spożywane są posiłki u Lewandowskich, Borejków i profesora Dmuchawca - nie ma tam przymusu, laboratoryjnych wnętrz, samotności przy stole. Mieszkania, które odwiedza Genowefa są niebogate, zagracone starymi sprzętami, ale przytulne, pachnące dobrym jedzeniem i mające "atmosferę".

Dość jednak teoretyzowania! Przejdźmy do spożywania!


#Pierwszy obiadek u państwa Lewandowskich:


"Kluski ziemniaczane, jak szary parujący kurhan, spoczęły na olbrzymim, niebieskim półmisku z przedwojennego fajansu. Pani Marta Lewandowska obłyła je ze wszystkich stron kopiastymi porcjami kwaszonej kapusty, ugotowanej z listkiem bobkowym i kminkiem. Właśnie zaczęła wylewać na kluski skwierczący tłuszczyk ze skwarkami i cebulką - gdy ktoś zadzwonił do drzwi".

Co ciekawe, dla mnie te kluski to nigdy nie były pyzy, ale szare kluski z tartych ziemniaków rzucane na wodę. W naszym domu nosiły piękne miano "szczurków". O, takich ja pierwsza potrawa z jadłospisu.

Brakuje tu ziemniaczanej "Floridy" i małdrzyków Kreski. A może jeszcze paru rzeczy?
(Źródła zdjęć podane są na końcu wpisu.)


 

#Drugi obiadek u Lewandowskich. Już mi cieknie ślinka...

"Na rozstawionych talerzach czekał już makaron domowy, posypany siekaną pietruszką. Teraz pani Lewandowska podeszła z garnkiem i chochlą
- Znów rosół.
- No, co ja poradzę, Sławuś, znów była tylko wołowina z kością - usprawiedliwiała się pani Marta. - Smażyłam te naleśniki, to już nie miałam czasu wymyślać zupy."


Sławek Lewandowski nie przyjął rosołu z zachwytem, za to pani Borejkowa - owszem. Pamiętajcie, że mięsa w 1983 nie można było ot, tak, kupić sobie w sklepie. Oprócz pieniędzy należało ekspedientce przedłożyć także kartkę na dany produkt. Nie wszystko było na kartki, ale popatrzcie, co było:


#Rosół wołowy u Borejków (dzięki bohaterskiej kurze)



"W dziesięć minut potem Gabriela Borejko powróciła triumfalnie z miasta i zabrała się natychmiast do przyrządzania w szybkowarze pożywnego rosołu z wołowiny.
- Rosół?! - krzyknęła niedowierzająco pani Borejkowa, kiedy około w pół do pierwszej wróciła do domu z długotrwałego, bardzo udanego spaceru, holując śpią̨ twardo wnuczkę i śmiertelnie głodną Genowefę. - Jakim cudem?!
- Cuda się zdarzają, utracjuszko - oświadczyła zadowolona ze swej niespodzianki Gabriela.- Sama bym nie uwierzyła. Jak wiesz, spotkałam rano Piotra Ogorzałkę.
- Mówił mi, ale widzę, że nie wszystko. Czy on ci kupił trochę mięsa zamiast róż?
- On mi pożyczył kartkę, matuś moja, kartkę na siedemset gramów wołowiny z kością. Mogę mu oddać, kiedy zechcę, bo oni z Maćkiem już trzeci dzień jedzą rosół, co prawda nie z wołowiny. Piotr Ogorzałka w podróży służbowej ubił kurę na szosie. Rzuciła mu się pod koła.
- Biedna.
- Prawdziwa bohaterka. Dzięki niej mamy dziś obiad."

W Opium w rosole jedzenie jest i dla ducha, i dla ciała. Zbliża ludzi i leczy smutki. Podobne cudowne działanie ma wspólne przygotowywanie posiłku.

#Kreska i Genowefa robią małdrzyki 

(a przepis i piękne zdjęcia możecie znaleźć np. tu: http://hendaleko.blogspot.com/2013/08/znowu-kulinarnie.html).

"Smutna i apatyczna Genowefa nie przejawiła zapału wobec tej propozycji: siedziała przy stole sztywno, jak mała drewniana kukiełka, i osowiale ogryzała paznokcie. Ale Kreska szybko sobie z nią poradziła: zawiązała dziewczynce swój fartuch, wyjęła z lodówki twarożek i jajka i poleciła te produkty ucierać w misce z margaryną, a to dlatego, że z własnego doświadczenia wiedziała, iż chwile chandry mijają najszybciej, kiedy się wykona jakąś pożyteczną pracę.
Jakoż Genowefa Bombke rozchmurzyła się niebawem. Z chwili na chwilę stawała się weselsza i bardziej rumiana, kiedy tak mieszała w tej misce, dosypywała to mąki, to cukru, próbowała bez końca paluchem, czy dość słodkie, i wreszcie - całkiem sama smażyła racuszki na patelni z oliwą.
Udały się popisowo - były chrupiące i złote, miejscami tylko zwęglone. Kreska posypała je cukrem i zaczęły jeść - obie zarumienione od gorąca, pobielone mąką i zadowolone z siebie. Kreska zjadła dwa małdrzyki. Genowefa pochłonęła ich dziesięć i pół. Potem napiły się herbaty, umyły naczynia i Genowefa podjadła mimochodem z talerza jeszcze trzy placki (...)".


Wszystkie cytaty pochodzą z wydania Opium w rosole Małgorzaty Musierowicz z roku, którego wydawnictwo Akapit Press nigdzie nie umieściło, niestety (ale jest to jedno z nowszych wydań, z rysowankami i zdjęciami Musierowicz na tylnej okładce).

środa, 3 grudnia 2014

Co Pani z polaka robi, kiedy nie bloguje?

Mnóstwo rzeczy, mnóstwo! Zachęcam do śledzenia mnie i poczynań moich uczniów na Facebooku (w pasku po prawej jest odnośnik do strony). Godzenie szeroko pojętego nauczania z blogowaniem dla przyjemności nie należy do łatwych rzeczy. Zapewniam jednak, że nowe wpisy będą :). Jeden właśnie się tworzy.

A o czym będzie?
Informacja na Facebooku :).

poniedziałek, 27 października 2014

Tyle wygrać! Kilka słów o Henryku Sienkiewiczu, a szczególnie o "Quo vadis"

Poznajcie słynnego autora, Henryka Sienkiewicza. Myśleliście, że go znacie? A czy wiedzieliście, że jeszcze nie tak dawno temu jego twarz widniała na banknocie o nominale pięćset tysięcy złotych? 

Spokojnie… Dziś to fortuna, ale tak naprawdę to odpowiednik dzisiejszych 50 zł.
Źródło: http://banknotypolskie.pl/banknoty/114/lata:1990-1993/spis/

A czy pamiętacie, że Nagrodę Nobla otrzymał za wybitne osiągnięcia w dziedzinie epiki (oryginalne uzasadnienie: "because of his outstanding merits as an epic writer", źródło cytatu). Było to w 1905 roku. Sienkiewicz miał wtedy na koncie takie powieści, jak: Ogniem i mieczem, Potop, Pana Wołodyjowskiego, Rodzinę Połanieckich, nasze ulubione Quo vadis (1896) i Krzyżaków.

Suchar polonistyczny mojego autorstwa


A czy wiecie (to z serii wiedza bezużyteczna), że był trzykrotnie żonaty? Z Marią Szetkiewiczówną, Marią Włodkowiczówną i Marią Babską (te trzy biedne Marie pamiętam jeszcze z podstawówki…).
O, na Wiedzy Bezużytecznej też to mamy… Z błędem, niestety: http://bezuzyteczna.pl/henryk-sienkiewicz-mial-3-15904.


A czy słyszeliście, że przyszły Noblista podróżował po Ameryce, Afryce i Europie. UWAGA, to już wiecie: z podróży do Rzymu, lektury Tacyta i obrazów Henryka Siemiradzkiego oraz ciężkiej pracy twórczej narodziło się omawiane przez nas Quo vadis? O inspiracjach tej powieści powiedział nam sam prawnuk pisarza w krótkim filmie dokumentalnym. Wszystkich nauczycieli omawiających Quo vadis? zachęcam do obejrzenia razem z uczniami: http://ninateka.pl/film/quo-vadis-od-sienkiewicza-do-kawalerowicza-cz-1-rzym-sienkiewicza.

Sienkiewicz wędrował drogą Appijską, jak niemal tysiąc dziewięćset lat przed nim pędził Marek Winicjusz, czy odchodził z Rzymu Piotr Apostoł. Via Appia można przejść się i dzisiaj. Oto jeden z jej fragmentów:

.



A czy przypominacie sobie, że kanadyjska pisarka Lucy Maud Montogmery, w Polsce znana głównie jako autorka Ani z Zielonego Wzgórza, wspomniała w swoim pamiętniku o powieści z czasów Nerona?

*Duża uwaga - chrześcijanie za czasów Nerona nie mogli ginąć
w Koloseum, bo wówczas go jeszcze nie było...
Wpis z 10 lipca 1898 roku
Potem przeczytałam Quo vadis - powieść roku. Ma wielką moc i głębię - doskonały obraz przepychu i zepsucia cesarskiego Rzymu i dworu Nerona, z którego wyłania się czyste i straszne piękno wczesnego chrześcijaństwa; i gdyby chrześcijaństwo zachowało swą pierwotną prostotę, miast obrastać w dogmaty i słowa, byłoby dzisiaj równie potężną siłą jak wówczas, kiedy męczennicy *Koloseum pieczętowali wiarę własną krwią.
L. M. Montogmery, Pamiętniki 1898-1910. Uwięziona dusza. Przeł. E. Horodyska, s. 40.
Pewnie nie wiecie (bo o tym nie wspominałam), że "Ostatnie lata życia Sienkiewicza były związane z majątkiem Oblęgorek pod Kielcami, który otrzymał w darze narodowym w związku z jubileuszem w 1900. Obecnie znajduje się tu muzeum poświęcone jego życiu i twórczości" [hasło: Sienkiewicz Henryk, Encyklopedia szkolna. Literatura i nauka o języku. Warszawa 1995, s. 698.]

Z informacji praktycznych - pałacyk w Oblęgorku jest nieczynny w sylwestra :(.